Autobiograficzny kawałek
Nie rozumiem i nie pytam, po co. Nie zastanawiam się nad niczym. Wiem tylko, że jestem leżącym na podłodze śmieciem, gdy wraca do mnie świadomość. Dobiegające z oddali halogenowe światło razi moje oczy i wwierca się w moje ciało, cale obolałe, mokre od potu. Wielki, szaleńczy wir w głowie ustaje, powoli zaczyna docierać do mnie cisza. Pierwsze, co widzę, to rozbity, okryty rdzą i brudem pisuar, który odgradza mnie od świata. Nie mam ochoty zadawać nikomu milionów pytań, po prostu chciałbym wstać. Czuję własny zapach, tak odrażający, że chcę uciec z własnego ciała. Galop obrazów przed moimi oczami zmienia się w migoczącą, czarno białą panoramę nieużywanego od lat kibla publicznego w opuszczonej, zrujnowanej części dworca. Są tu tylko narkomani, ale ja nie znam żadnego z nich, nie widziałem żadnego z nich. Sześć lat temu jeden z nich leżał właśnie tu na podłodze, bardzo młody, przerażony, o szklanych oczach, gdy chciał krzyczeć i wybiec stąd, ale nie był w stanie. Skórzany, jeszcze nowy pasek był wciąż zaciśnięty dookoła jego ramienia, a strzykawka, której nie zdążył wyjąć, tkwiła w jego żyle, gdy leżał w kałuży własnego potu i wymiotów, nakryty własnymi przetłuszczonymi włosami. To byłem ja.W mojej rodzinie każdy był muzykiem, a każdy muzyk bierze, bierze, bierze z zasady, bo bez tego jest zbyt nieciekawy i mdły. Każdy, kto znał kogokolwiek z mojej rodziny, także był muzykiem, a że jego dzieło, o ile jakiekolwiek stworzył, musiało być prawdziwe, nie pozwalało mu zarobić nic lub zarobić tyle, że starczyło mu to zaledwie na dalsze bycie muzykiem, pomagał innym. Wszyscy muzycy sprzedawali to, co pozwalało im żyć w podziemiu. Muzyk liczył działki, nie utwory. Muzycy z mojej rodziny potrafili jednak, w przeciwieństwie do innych, tworzyć muzykę. Muzyka ich najpierw zniszczyła, a potem zabiła.
Miałem siedem lat, gdy moją matkę utopił muzyk. Grał w pewnym zespole, podobno, bardzo lubił szukać pretekstów, by czuć się nieśmiertelnym. Nie wiem, dlaczego ją zabił, ale jego zabił mój ojciec. Podarował mu czterdzieści dziewięć pchnięć długim nożem w brzuch, chociaż to oczywiste, że pięć by wystarczyło. Mój brat Sven był ode mnie o siedem lat młodszy. Gdy miał dwanaście lat, postanowił przekonać siebie i innych, że był ode mnie młodszy tylko o cztery lata. Inaczej, mimo jego absurdalnie nadzwyczajnych umiejętności gry na gitarze basowej, nie dostałby się do zespołu, a potem nie zostałby muzykiem. Mógł mówić prawdę. Mój ojciec nie chciał iść do więzienia, więc przeczytał kilka książek o schizofrenii i wytatuował sobie pentagram na ręce, żeby dzięki skutecznej perswazji zniknąć na pięć lat w szpitalu psychiatrycznym. Jego brat, który był tylko jego przyjacielem, ale i muzykiem, zajął się mną i Svenem przez ten czas. Jego syn, Sebastian, nauczył Svena bycia muzykiem i psychopatą, przez co Sven stracił charakter i osobowość. Moja matka miała wcześniej syna, starszego ode mnie o dwa lata, Antka. Antek pochodził z Polski i nie muszę chyba mówić, że też był muzykiem. Do tej pory nie wiem, dlaczego mój ojciec nim gardził. Gdy znalazł się na oddziale zamkniętym, Antek wyjechał do Polski i słuch o nim zaginął, bo zajął się nim o dziesięć lat od niego starszy syn jego ojca i pewnej nieznanej mi kobiety. Kuba utrzymywał Antka z bycia muzykiem i dobrego posługiwania się bronią. Gdy mój ojciec wyszedł z oddziału zamkniętego, zmienił się. Grał w swoim zespole, a trzy lata później okazało się, że naprawdę był szaleńcem i potrzebował wrócić na oddział zamknięty. Byłem już wtedy wystarczająco dorosły by zrozumieć, że dzięki temu nie zmarł przez bycie muzykiem. Miałem osiemnaście lat i kursowałem między Polską a Norwegią. Byłem wtedy, tak jak i teraz, prawdziwym blackmetalowcem wciąż niepewnym i mało przekonanym, czy umie grać na perkusji. Pomógł mi Antek, ale tego nie odczułem. Był ludzką bestią, o ile ktokolwiek z nas był wtedy jeszcze człowiekiem. Poznałem w Warszawie ludzi, którzy przekonali mnie, że umiem grać. Jednym z nich był mój duchowy przewodnik, Wódz. Miał pół głowy ogolone i wyglądał jak śmierć na chorągwi. Mimo jego zdolności i dużej siły perswazji tak wobec ludzi, jak i wobec mrocznego kosiarza, pokonało go to, że był muzykiem. Miał wtedy dziewiętnaście lat i żyła wybuchła mu pod skórą. Miałem dwadzieścia lat i zostałem tatuażystą, czego w dużym stopniu nauczyłem się na własnym ciele, próbując pokryć setki blizn po nożach, żyletkach i papierosach na moich przedramionach, ramionach i klatce piersiowej. Blizny z czasem utraciły swoją estetykę. Przefarbowałem włosy na czarno. Miałem dwadzieścia jeden lat i kończyłem praktykę w zawodzie w Norwegii. Antek był fotografem i poszedł nawet na studia. Robił zdjęcia na okładki płyt niedomytym nazistom z odciętymi głowami kóz. Dobrze zarabiał i jeździł po świecie. Były wakacje, sierpień. Pamiętał, że padał deszcz. Firma, dla której Antek rzekomo pracował, przesłała mi jego zdjęcie. Leżał w kałuży krwi z przestrzeloną głową, wciąż trzymając w dłoni broń. Musiałem pojechać zidentyfikować zwłoki. Podjąłem się tego jako jedyny. Dowiedziałem się potem, że Antek, z racji swego bycia muzykiem, miał olbrzymie długi. Był październik, a ja traciłem Svena, jedynego brata, jakiego kiedykolwiek miałem. Sven o szklanych oczach i sinych palcach chodził nieobecny, znikał na długie dni i miał ostrą, rozpaczliwą depresję. Pojechał w trasę koncertową. Nie umiał już rozmawiać po powrocie z niej. Chciałem zdecydowanie przerwać jego muzyczną karierę. 7 listopada obiecałem mu zabrać go następnego dnia na północ, w jego ulubione miejsce. Rozmawiał, ale wtedy to już chyba nie był Sven. Nie wiem, dlaczego mu uwierzyłem. 11 listopada pojechałem sam do miasta, by dalej zalewać jego podświadomość wódką, którą miał, w moim zamyśle, cenić bardziej, niż muzykę. Gdy wróciłem, Sven leżał w łóżku, a z jego zupełnie sinej ręki wystawała jeszcze strzykawka. Nie oddychał. Spaliłem ten stary dom na północy kilka dni później. Nie umiałem już żyć. Coś we mnie pękło. Bezpowrotnie. Kochałem go. Gdy dotarło to do ojca, postanowił, że jego celem w życiu będzie muzyka i nie potrafi się bez niej faktycznie obchodzić.
Teraz mam dwadzieścia dwa lata. Wstałem właśnie, wstałem i wyszedłem z kibla, żeby przed świtem zdążyć dojechać do mojego mieszkania w starej kamienicy i nie spóźnić się do pracy. Wciąż nie umiem żyć, a pęknięcie we mnie się pogłębia, mimo, że mam już odpowiedzi na wszystkie pytania, które mnie dręczyły. Tym różni się dziś od wczoraj. Nie znam jedynie odpowiedzi na jedno pytanie, ale pogodziłem się już z tym, że nigdy jej nie poznam, mianowicie - dlaczego w mojej rodzinie mianem muzyków określano nałogowych narkomanów na skraju śmierci, a słowem muzyka zastąpiono słowo heroina.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz