wtorek, 18 września 2012

Dzień, a raczej noc z mojego życia


Noc. Przed północą. W pokoju półmrok, poprzez żaluzje wpadają smugi zimnego światła latarni, kawałkując moje ciało i jej ciało pasami bieli. Zatrzymuje się na moim pępku i na cienkiej ścieżce włosów poniżej. Tnie analogicznie moje kościste, blade ręce, mięśnie widoczne pod skórą, zatrzymuje się na jej pretensjonalnie podrażnionych jasnych, małych sutkach i ukrywa w mroku jej twarz tak, że widzę tylko nieregularny zarys jej ust i lekko zakrzywionego nosa. W pokoju wciąż unosi się lekki opar dymu papierosowego, chłonę ten zapach oddychając tak cicho, że nawet tego nie czuję. Milczę. Ona też. Jej ręka szuka mojej ręki, wspina się po moim brzuchu, przesuwa po nim swoimi szczupłymi palcami powoli, tak zimnymi, że przenika mnie dreszcz. Chwilę tam zostają, a potem znajdują moje palce, moją dłoń. Dotykam jej palców, nasze dłonie splatają się. Jej paznokcie drażnią moją skórę. Odwracam się do niej. Jest naga jak ja, a moje oczy spotykają jej oczy, lśniące w ciemności niczym od łez. Moja dłoń zsuwa się po jej biodrze, gładkim i przeciętym pasem światła. Zostaje tam, a druga dłoń, wyswobodzona z jej palców, wsuwa się w gęstwinę jej włosów, które splątane płyną po poduszce niczym złociste jadowite węże. Czuję jej dotyk na swojej szyi, zimny jak lód, który zamarza na kołdrze, a potem czuję przy sobie jej całe ciało, chłodne i gładkie, jej twarde sutki na mojej skórze. Całuję ją. Jej oczy toną gdzieś  moim wzroku, jej miękkie wargi i śliski, ciepły język, który odzyskuje pewność siebie gdy natrafia na mój. Jej paznokcie drażnią mój kark, moja ręka przemyka po jej kręgosłupie, po każdym twardym kręgu aż do samego końca. Światło latarni przemyka teraz pasami przez jej białe łono, moja dłoń przemyka tam, gdzie powinien znajdować się na jej skórze czarny wzór, na chwilę jej całe ciało tonie w mroku, kawałkuje teraz zapewne moje plecy, gdy moje usta znajdują jej szyję, a jej ręce błądzą po moich plecach, po których moje włosy spływają niczym smoła, gdy mam pod sobą jej ciało i je dobrze czuję. Gdy ona sama odchyla nogę, nie muszę patrzeć na wewnętrzną stronę jej uda, by odgadnąć kształt, długość i ilość blizn. Jej ciało znam na pamięć. Przesuwam po subtelnych wypukłościach tych blizn dwoma palcami. Moja dłoń schodzi pomiędzy jej nogi. Dotykam ją, a moje usta schodzą niżej. Pas światła przecina na moment jej drżące wargi. Czuję na swoich palcach wilgotne ciepło. Jej dłoń przemyka przez moje włosy, a jej stopa bezgłośnie strąca na podłogę kołdrę. Czuję jej bicie serca, mimo, że go nie słyszę. Unoszę jej nogę do góry, podłużną rysę na jej stopie przecina światło. Moja dłoń wędruje przez jej pierś ku jej szyi, a druga zostaje tam, gdzie jest, odnajduje punkt, schodzi niżej. Czuję. Moje palce zanurzają się wewnątrz, a światło przepływa przez jej rozchylone, drżące usta, nie wiem, czy to, co widzę, jest prawdą. Jej sutek znika między moimi zębami. Nie otwieram oczu, słyszę tylko ciepły, miękki dźwięk gdy jej to robię. Znam jej reakcje na pamięć. Spoglądam na jej lekko zarysowany brzuch. Słyszę jej głos, cichy i lekko drżący, ona boi się milczenia:
- Jestem już gotowa.
Odpowiadam skinieniem głowy, zsuwam się z niej i leżę wspierając głowę dłonią. Jej wzrok powoli przenika mnie uważnie, powoli, przebiegając od mojej twarzy, cienkiej koziej bródki, przez uwypuklone pod skórą obojczyki, mięśnie pod bladą, pokrytą bliznami skórą aż po mój pępek i penisa w stanie wyraźnej erekcji. Jej dłoń sięga do małej szafki za łóżkiem. Otwiera jedną z szuflad i szuka. Jej wzrok znów osiada na mnie, a jej usta chwilę wahają się, nim pyta:
- Które dziś…?
- Te, które kupiłem wczoraj. Wybierz – odpowiadam.
Widzę jej lekkie drżenie, zagląda za łóżko, w strudze światła widzę jej białe, równe pośladki. Moja dłoń ostrożnie wędruje po nich, zwiedza je, mimo, że dobrze je zna, a palec wędruje pomiędzy nimi. Ona w końcu odwraca się do mnie, przyciąga mnie do siebie, a nasze usta spotykają się na dłuższą chwilę, podczas gdy jej palec pieści mój tatuaż.
- Weź go – ona podaje mi długi, cienki nóż.
Jest tak ostry, że potrafiłby przeciąć szkło. Ona mi bezgranicznie ufa. Nie skrzywdzę jej. Kładę się u jej boku, czuję jej spokojne bicie serca.
- Zmyj ze mnie wstyd z powodu tego, jaką porażką jestem – ona szepcze mi cicho do ucha.
Może na mnie liczyć. Unoszę jej rękę i obracam do siebie jej przedramię tak, że widzę dobrze jej gładką skórę. Składam na niej jeszcze długi pocałunek, a potem po prostu mocno zaciskam w dłoni jej rękę, unoszę do niej nóż i przyciskam go do skóry tak mocno, że czuję, że ją przecinam. Dopiero potem przesuwam nim aż do końca ostrza. Patrzę na głębokie przecięcie, tak głębokie i długie, że skóra rozchodzi się na boki, otwierając ranę, która od razu zaczyna spływać strumieniem krwi. Jej twarz staje się biała. Wiem, że nie straci przytomności. Robiłem jej to już tak wiele razy, a każdy z nich pamiętam. Zaczynam nożem stanowczo, lecz już nie tak głęboko, ciąć jej przedramię. Delikatnie oblizuję nóż. Kontynuuję, krew spływa mi na brzuch, a z brzucha na pościel, gdzie ginie płasko, kładąc się na niej ciemnymi, karmazynowymi plamami.
- Jeszcze czterdzieści jeden – szepcze ona wprost do mojego ucha drżącym głosem.
Skóra rozstępuje się pod każdym cięciem gdy tylko końcówka noża przestaje być jednością z jej ciałem. Nie jestem delikatny. Unoszę do ust jej dłoń i obnażam przed sobą jej drugie przedramię. Tnę systematycznie, raz przy razie… oszczędzam miejsce, jest go za mało na całe życie.
Noc. Nie wiem, która jest godzina, ale jest tak samo ciemno. W pokoju półmrok, poprzez żaluzje wpadają smugi zimnego światła latarni, kawałkując moje ciało i jej ciało pasami bieli. Padają czasem na jej bladą twarz, na drgające przez sen usta, na wijące się na jej plecach ciężkie sploty włosów. Jej głowa nieruchomo leży na mojej piersi, a nic nie zakłóca jej snu. Smugi światła przelatują raz po raz po kołdrze, na której obfite, gęste, nieregularne plamy krwi zaczynają schnąć, przybierając brunatny kolor. Oczy mam szeroko otwarte, chciałbym uchylić okno, bo pretensjonalny zapach krwi unoszący się wyjątkowo intensywnie w całym pokoju doprowadza mnie do stanu pobudzenia seksualnego, ale nie chcę jej budzić. Zlepione krwią włosy opadają mi na czoło. Nie odgarniam ich. Czekam, aż nadejdzie sen. Całuję lekko opuszki jej palców, unosząc jej dłoń do ust. Krew zasycha na palcach, pod paznokciami, na paznokciach i między palcami, na całej ręce, formując zastygłe w locie ścieżki. Światło pada jeszcze dalej, na pokój, ale nie spoglądam tam. Dostrzegam jedynie kątem oka leżący przy łóżku nóż z zaschniętą krwią która poplamiła dywan i zużytą prezerwatywę. 

piątek, 22 czerwca 2012

Autobiograficzny kawałek

Nie rozumiem i nie pytam, po co. Nie zastanawiam się nad niczym. Wiem tylko, że jestem leżącym na podłodze śmieciem, gdy wraca do mnie świadomość. Dobiegające z oddali halogenowe światło razi moje oczy i wwierca się w moje ciało, cale obolałe, mokre od potu. Wielki, szaleńczy wir w głowie ustaje, powoli zaczyna docierać do mnie cisza. Pierwsze, co widzę, to rozbity, okryty rdzą i brudem pisuar, który odgradza mnie od świata. Nie mam ochoty zadawać nikomu milionów pytań, po prostu chciałbym wstać. Czuję własny zapach, tak odrażający, że chcę uciec z własnego ciała. Galop obrazów przed moimi oczami zmienia się w migoczącą, czarno białą panoramę nieużywanego od lat kibla publicznego w opuszczonej, zrujnowanej części dworca. Są tu tylko narkomani, ale ja nie znam żadnego z nich, nie widziałem żadnego z nich. Sześć lat temu jeden z nich leżał właśnie tu na podłodze, bardzo młody, przerażony, o szklanych oczach, gdy chciał krzyczeć i wybiec stąd, ale nie był w stanie. Skórzany, jeszcze nowy pasek był wciąż zaciśnięty dookoła jego ramienia, a strzykawka, której nie zdążył wyjąć, tkwiła w jego żyle, gdy leżał w kałuży własnego potu i wymiotów, nakryty własnymi przetłuszczonymi włosami. To byłem ja.
W mojej rodzinie każdy był muzykiem, a każdy muzyk bierze, bierze, bierze z zasady, bo bez tego jest zbyt nieciekawy i mdły. Każdy, kto znał kogokolwiek z mojej rodziny, także był muzykiem, a że jego dzieło, o ile jakiekolwiek stworzył, musiało być prawdziwe, nie pozwalało mu zarobić nic lub zarobić tyle, że starczyło mu to zaledwie na dalsze bycie muzykiem, pomagał innym. Wszyscy muzycy sprzedawali to, co pozwalało im żyć w podziemiu. Muzyk liczył działki, nie utwory. Muzycy z mojej rodziny potrafili jednak, w przeciwieństwie do innych, tworzyć muzykę. Muzyka ich najpierw zniszczyła, a potem zabiła.
Miałem siedem lat, gdy moją matkę utopił muzyk. Grał w pewnym zespole, podobno, bardzo lubił szukać pretekstów, by czuć się nieśmiertelnym. Nie wiem, dlaczego ją zabił, ale jego zabił mój ojciec. Podarował mu czterdzieści dziewięć pchnięć długim nożem w brzuch, chociaż to oczywiste, że pięć by wystarczyło. Mój brat Sven był ode mnie o siedem lat młodszy. Gdy miał dwanaście lat, postanowił przekonać siebie i innych, że był ode mnie młodszy tylko o cztery lata. Inaczej, mimo jego absurdalnie nadzwyczajnych umiejętności gry na gitarze basowej, nie dostałby się do zespołu, a potem nie zostałby muzykiem. Mógł mówić prawdę. Mój ojciec nie chciał iść do więzienia, więc przeczytał kilka książek o schizofrenii i wytatuował sobie pentagram na ręce, żeby dzięki skutecznej perswazji zniknąć na pięć lat w szpitalu psychiatrycznym. Jego brat, który był tylko jego przyjacielem, ale i muzykiem, zajął się mną i Svenem przez ten czas. Jego syn, Sebastian, nauczył Svena bycia muzykiem i psychopatą, przez co Sven stracił charakter i osobowość. Moja matka miała wcześniej syna, starszego ode mnie o dwa lata, Antka. Antek pochodził z Polski i nie muszę chyba mówić, że też był muzykiem. Do tej pory nie wiem, dlaczego mój ojciec nim gardził. Gdy znalazł się na oddziale zamkniętym, Antek wyjechał do Polski i słuch o nim zaginął, bo zajął się nim o dziesięć lat od niego starszy syn jego ojca i pewnej nieznanej mi kobiety. Kuba utrzymywał Antka z bycia muzykiem i dobrego posługiwania się bronią. Gdy mój ojciec wyszedł z oddziału zamkniętego, zmienił się. Grał w swoim zespole, a trzy lata później okazało się, że naprawdę był szaleńcem i potrzebował wrócić na oddział zamknięty. Byłem już wtedy wystarczająco dorosły by zrozumieć, że dzięki temu nie zmarł przez bycie muzykiem. Miałem osiemnaście lat i kursowałem między Polską a Norwegią. Byłem wtedy, tak jak i teraz, prawdziwym blackmetalowcem wciąż niepewnym i mało przekonanym, czy umie grać na perkusji. Pomógł mi Antek, ale tego nie odczułem. Był ludzką bestią, o ile ktokolwiek z nas był wtedy jeszcze człowiekiem. Poznałem w Warszawie ludzi, którzy przekonali mnie, że umiem grać. Jednym z nich był mój duchowy przewodnik, Wódz. Miał pół głowy ogolone i wyglądał jak śmierć na chorągwi. Mimo jego zdolności i dużej siły perswazji tak wobec ludzi, jak i wobec mrocznego kosiarza, pokonało go to, że był muzykiem. Miał wtedy dziewiętnaście lat i żyła wybuchła mu pod skórą. Miałem dwadzieścia lat i zostałem tatuażystą, czego w dużym stopniu nauczyłem się na własnym ciele, próbując pokryć setki blizn po nożach, żyletkach i papierosach na moich przedramionach, ramionach i klatce piersiowej. Blizny z czasem utraciły swoją estetykę. Przefarbowałem włosy na czarno. Miałem dwadzieścia jeden lat i kończyłem praktykę w zawodzie w Norwegii. Antek był fotografem i poszedł nawet na studia. Robił zdjęcia na okładki płyt niedomytym nazistom z odciętymi głowami kóz. Dobrze zarabiał i jeździł po świecie. Były wakacje, sierpień. Pamiętał, że padał deszcz. Firma, dla której Antek rzekomo pracował, przesłała mi jego zdjęcie. Leżał w kałuży krwi z przestrzeloną głową, wciąż trzymając w dłoni broń. Musiałem pojechać zidentyfikować zwłoki. Podjąłem się tego jako jedyny. Dowiedziałem się potem, że Antek, z racji swego bycia muzykiem, miał olbrzymie długi. Był październik, a ja traciłem Svena, jedynego brata, jakiego kiedykolwiek miałem. Sven o szklanych oczach i sinych palcach chodził nieobecny, znikał na długie dni i miał ostrą, rozpaczliwą depresję. Pojechał w trasę koncertową. Nie umiał już rozmawiać po powrocie z niej. Chciałem zdecydowanie przerwać jego muzyczną karierę. 7 listopada obiecałem mu zabrać go następnego dnia na północ, w jego ulubione miejsce. Rozmawiał, ale wtedy to już chyba nie był Sven. Nie wiem, dlaczego mu uwierzyłem. 11 listopada pojechałem sam do miasta, by dalej zalewać jego podświadomość wódką, którą miał, w moim zamyśle, cenić bardziej, niż muzykę. Gdy wróciłem, Sven leżał w łóżku, a z jego zupełnie sinej ręki wystawała jeszcze strzykawka. Nie oddychał. Spaliłem ten stary dom na północy kilka dni później. Nie umiałem już żyć. Coś we mnie pękło. Bezpowrotnie. Kochałem go. Gdy dotarło to do ojca, postanowił, że jego celem w życiu będzie muzyka i nie potrafi się bez niej faktycznie obchodzić.
Teraz mam dwadzieścia dwa lata. Wstałem właśnie, wstałem i wyszedłem z kibla, żeby przed świtem zdążyć dojechać do mojego mieszkania w starej kamienicy i nie spóźnić się do pracy. Wciąż nie umiem żyć, a pęknięcie we mnie się pogłębia, mimo, że mam już odpowiedzi na wszystkie pytania, które mnie dręczyły. Tym różni się dziś od wczoraj. Nie znam jedynie odpowiedzi na jedno pytanie, ale pogodziłem się już z tym, że nigdy jej nie poznam, mianowicie - dlaczego w mojej rodzinie mianem muzyków określano nałogowych narkomanów na skraju śmierci, a słowem muzyka zastąpiono słowo heroina.